Po wyjściu z zacienionego „Safari Baru”
dostaliśmy „obuchem w łeb”… 😏
Prawie dosłownie tak to wygląda, gdy człowiek w ciągu jednej chwili zmienia strefę klimatyczną z umiarkowanej na tropikalną…
Prawie dosłownie tak to wygląda, gdy człowiek w ciągu jednej chwili zmienia strefę klimatyczną z umiarkowanej na tropikalną…
Upał potrafi naprawdę dać popalić…
Do pokonania został nam już na szczęście niewielki odcinek drogi.
Wąską ścieżką w dół, z każdym krokiem zbliżaliśmy się na sam cypelek Istrii.
To jest naprawdę fajne uczucie znaleźć się „na samym końcu świata”…
No i trzeba szczerze przyznać, że jest to bardzo niezwykłe miejsce.
Widok ogromnych skał, wystających z krystalicznie czystej wody wynagrodzi każdemu trudy podróży.
Dochodząc bliżej emocje rosną.
Wśród żeńskiej części ekipy (stanowiącej aż 1/3 składu wyprawy), pojawiają się pierwsze oznaki niepokoju, żeby nie powiedzieć paniki…
No nic, czas się rozdzielić.
Pozostałe 2/3 załogi, tej męskiej 😏, idzie dalej, reszta zostaje w bezpiecznej strefie, zabezpieczając tyły… 😏 Przed nami klify.
Czekałem na tą chwilę bardzo długo.
Schodzimy niżej, bliżej krawędzi urwiska, by podziwiać śmiałków skaczących do wody.
Trzeba mieć dużo odwagi, lub mało rozwagi, by brać udział w tej rozrywce.
Ale, że jest ona bardzo widowiskowa, to nikt nie zaprzeczy…
Po chwili obserwacji zmagań „kaskaderów” schodzimy jeszcze niżej, w prawo, do samej tafli morza.
Co ciekawe, w tej części wybrzeża, skały tworzą kaskadowe tarasy, a na samym dole teren staje się bardziej płaski.
Zmienia się także kolor i struktura podłoża.
Wygląda to jak zastygnięta, ciemna magma po erupcji wulkanu…
Ponieważ nie mieliśmy w planach kąpieli (czego dziś bardzo żałuję), to po chwili relaksu ruszyliśmy w drogę powrotną, na szczyt klifów.
Tam (w bezpiecznej strefie ) nastąpiło połączenie rozdzielonych ekip wyprawy i wspólny powrót do naszego auta…
No tak, ale jak je rozpoznać, gdy wszystkie są tego samego koloru… siwego…
Gdy to się udało, odjechaliśmy…
Tak zakończyła się nasza fascynująca przygoda z Kamenjakiem…
cdn…
Do pokonania został nam już na szczęście niewielki odcinek drogi.
Wąską ścieżką w dół, z każdym krokiem zbliżaliśmy się na sam cypelek Istrii.
To jest naprawdę fajne uczucie znaleźć się „na samym końcu świata”…
No i trzeba szczerze przyznać, że jest to bardzo niezwykłe miejsce.
Widok ogromnych skał, wystających z krystalicznie czystej wody wynagrodzi każdemu trudy podróży.
Dochodząc bliżej emocje rosną.
Wśród żeńskiej części ekipy (stanowiącej aż 1/3 składu wyprawy), pojawiają się pierwsze oznaki niepokoju, żeby nie powiedzieć paniki…
No nic, czas się rozdzielić.
Pozostałe 2/3 załogi, tej męskiej 😏, idzie dalej, reszta zostaje w bezpiecznej strefie, zabezpieczając tyły… 😏 Przed nami klify.
Czekałem na tą chwilę bardzo długo.
Schodzimy niżej, bliżej krawędzi urwiska, by podziwiać śmiałków skaczących do wody.
Trzeba mieć dużo odwagi, lub mało rozwagi, by brać udział w tej rozrywce.
Ale, że jest ona bardzo widowiskowa, to nikt nie zaprzeczy…
Po chwili obserwacji zmagań „kaskaderów” schodzimy jeszcze niżej, w prawo, do samej tafli morza.
Co ciekawe, w tej części wybrzeża, skały tworzą kaskadowe tarasy, a na samym dole teren staje się bardziej płaski.
Zmienia się także kolor i struktura podłoża.
Wygląda to jak zastygnięta, ciemna magma po erupcji wulkanu…
Ponieważ nie mieliśmy w planach kąpieli (czego dziś bardzo żałuję), to po chwili relaksu ruszyliśmy w drogę powrotną, na szczyt klifów.
Tam (w bezpiecznej strefie ) nastąpiło połączenie rozdzielonych ekip wyprawy i wspólny powrót do naszego auta…
No tak, ale jak je rozpoznać, gdy wszystkie są tego samego koloru… siwego…
Gdy to się udało, odjechaliśmy…
Tak zakończyła się nasza fascynująca przygoda z Kamenjakiem…
cdn…






















Komentarze
Prześlij komentarz